motyw literacki
Ptak
152fragmenty
49lektur
Gdzie ten motyw mieszka
Liczba oznaczonych fragmentów w każdej lekturze. Kliknij, żeby przejść do pierwszego z nich w tekście.
- Napój cienisty 13 fragmentów
- Balladyna 12 fragmentów
- Pan Tadeusz, czyli ostatni zajazd na Litwie 10 fragmentów
- Chłopi, Część pierwsza - Jesień 8 fragmentów
- Wesele 8 fragmentów
- Nad Niemnem 7 fragmentów
- Pan Wołodyjowski 7 fragmentów
- Potop 6 fragmentów
- Anhelli 5 fragmentów
- Bajki i przypowieści 5 fragmentów
- Klechdy sezamowe 5 fragmentów
- Baśnie 4 fragmenty
Występuje razem z
Motywy, które redakcja oznaczyła na tych samych fragmentach.
Fragmenty
Cytaty pokazujemy w skrócie — kliknij dowolny, żeby otworzyć go w książce i przeczytać w całości.
Oto widziałem cię w radzie narodu z bratem twoim i widziałem wasze dwie głowy zawsze razem, a białością podobne dwom gołębiom, które razem zlatują na proso. Bo zaprawdę, że jak dwaj gołębiowie zlatywaliście na urnę projektów i wyłuszczaliście ziarno praw; a na plewy wasze zlatywali się maleńcy wróblowie, świergocąc o rzeczach mniejszéj wagi.…
Poznasz ty prawdę, ze znaków mej sztuki. Siadłem na starej wróżbity siedzibie, Gdzie wszelkie ptactwo kieruje swe loty, Aż naraz słyszę, jak niezwykłe głosy Wydają ptaki, szalone i dzikie; I wnet poznałem, że szarpią się szpony, Bo łopot skrzydeł to stwierdzał dobitnie.…
Niech zważa, z kim ma sprawę, kto chce być junakiem. Jastrząb, że się z niejednym dobrze spotkał ptakiem, Chciał sokoły wojować; śmiał się sokół lotny. Na koniec z zuchwałości takowej markotny, Porwał go; a gdy ostre szpony wskroś przebodły, Rzekł: «Daruję cię życiem, boś dla mnie zbyt podły». Szpecą sławę zwycięstwa mdłe nieprzyjacioły; Jastrzębie na przepiórki, orły na sokoły.
Na barkach orlicy Para tych białych skrzydeł wyrastała; Gdy na rycerskiej są naramiennicy, Będzieżli rycerz mniej niż owa biała Ptaszyna ludziom użyteczny? — mali Gadom przepuszczać rycerz uskrzydlony Orła piórami?
Zaraz nawet zapragnął pokazać to wszystko gościnnej gospodyni i miłej śpiewaczce, wziął więc w pyszczek kawałek spróchniałego drzewa i szedł naprzód, oświecając im posępną drogę. Kiedy doszli do miejsca, gdzie leżał martwy ptak, podniósł nos w górę i odrzucił ziemię: przez otwór, który powstał tym sposobem, wpadł blady promyk słońca i oświetlił leżącą na ziemi jaskółkę.…
Znów moje oczy, z nimi dusza cała Do mojej pani odwrócone były, Całą uwagę tylko w niej utkwiły: Ona uroczo więcej się nie śmiała: «Gdybym uśmiechem błyszczącym za wiele Tu zaświeciła,» rzekła Beatryce: «Spłonąłbyś cały na proch jak Semele, Bo piękność moja w blask rośnie stopniami, Ile, coś widział w ciągu naszej jazdy, Wstępujem dworca wiecznymi schodami, Gdybym ci blasku jej nie złagodziła, Tu wystawiona na jej……
Ksiądz szedł coraz wolniej, czasem przystawał, aby odetchnąć, to znowu obejrzał się na swoje siwki, to przyglądał się chłopakom, obtłukującym kamieniami ogromną gruszę, aż hurmem przybiegli do niego i chowając ręce za siebie całowali w rękaw sutanny. Pogładził ich po głowach i rzekł upominająco: — Nie łamcie ino gałęzi, bo na bezrok gruszek mieć nie będziecie.…
— Nie chcę, przynieś co nowego! — matyjasiła, odwracając oczy i nawet nie patrząc na boćka, któren się grajdał po izbie, kuł po wszystkich garnkach i na darmo przyczajał się pod drzwiami na Łapę; dopiero kiej pewnego razu przyniósł jej żywą żołnę, rozchmurzyła się nieco. — Jezu kochany, a to śliczności, kieby malowanie! — A pilnuj się, bych cię w nos nie dziobnęła, zła kiej pies.…
Słońca jeszcze nie było. Czuło się jeno, że leda pacierz wyłupie się z tych zórz rozgorzałych i padnie na świat, któren dolegiwał ostatków, ozwierał ciężko mgławicami zasnute oczy, poruchiwał się ździebko, przecykał z wolna, ale jeszczech się lenił w słodkim, odpoczywającym dośpiku, bo cichość padła barzej w uszach dzwoniąca, jakoby ziemia dech przytaiła — jeno wiater, jako to dychanie dzieciątka cichuśki, powiał od……
…Kiż to diabeł! — krzyknął zrywając się, bo bociek, stojący przy skrzyni nieruchomo, kujnął z całej siły w błyszczący but księdza. — Dyć bociek, Witek go jesienią przygarnął, bo ostało ptaszysko, wykurował, że to miał skrzydło złamane, i teraz siedzi w chałupie i myszy łowi kiej kot. — No, wiecie, jeszcze nie widziałem oswojonego bociana, dziwne, dziwne!…
Z lustra zerwał się kanarek i usiadł jej na ramieniu. — To nowy przyjaciel! — powiedziała, wabiąc go, by usiadł na dłoni. — Moje dzieciaki będą miały uciechę. Prawda, że śliczny? Popatrz pan! Kiedy mu daję chleba, trzepota skrzydełkami. Całuje mnie też... o, patrz pan! Gdy zbliżyła ptaka do ust, wetknął dzióbek w jej wargi, jak gdyby odczuwał rozkosz, której stał się uczestnikiem. — Pocałuje teraz pana!…
— Mamo, jeść — wołał już od progu, a cisnąwszy furażerkę na stół, biegł do klatki z kosem, wiszącej w okienku. Kos, jak tylko chłopaka obaczył, wydawał gwizd przeciągły, do fabrycznej świstawki podobny, a potem zaczynał swoje zwykłe kuranty, których go nauczył Marcyś. Chłopak stawał przed klatką, kładł ręce w kieszenie i gwizdał także. Aż się ściany trzęsły od gwizdania tego.
Darmo żebrze, darmo płacze: My tu czarnym korowodem, Sowy, kruki i puchacze, Niegdyś, panku, sługi twoje. Któreś ty pomorzył głodem, Zjemy pokarmy, wypijem napoje. Hej, sowy, puchacze, kruki, Szponami, krzywymi dzioby Szarpajmy jadło na sztuki! Chociażbyś trzymał już w gębie, I tam ja szponę zagłębię; Dostanę aż do wątroby. Nie znałeś litości, panie!…
z towarzyszeniem fletu Wznoszę się! lecę! tam, na szczyt opoki — Już nad plemieniem człowieczem, Między proroki. Stąd ja przyszłości brudne obłoki Rozcinam moją źrenicą jak mieczem; Rękami jak wichrami mgły jej rozdzieram — Już widno — jasno — z góry na ludy spozieram — Tam księga sybilińska przyszłych losów świata — Tam, na dole!…
Miłośnicy mądrości tak nam powiedają, Że niemowne zwierzęta rozumu nie mają, Lecz kozieł taką sztukę niedawno wyprawił, Że na wszystek świat znacznie rozum swój objawił. Zjadł piskorza żywego; piskorz niecierpliwy Strawienia nie czekając przepadł przezeń żywy. Kozieł go w rzyć drugi raz; on drugi raz z rzyci, By z Labiryntu Tezeus po świadomej nici.…
Wreszcie znalazła się u siebie w pokoju, usiadła przy biurku bez sił, tępo patrzyła w okno, w wysoki parkan, który z szarego zrobił się prawie czarny od wilgoci. Deszcz znowu padał. Było zimno i pusto. Na pniach czereśni stały rzędem trzy zmoknięte kury. Jedna, czarna, skubała się w piersi i pod skrzydłem, a później zesuwała dziobem wzdłuż mokrego piórka wesz schwytaną, by ją połknąć.
Chciał coś podobno mówić, gdy kur zapiał. Wtem nagle wzdrygnął się jak winowajca Na głos strasznego apelu. Słyszałem, Że kur, ten trębacz zwiastujący ranek, Swoim donośnym, przeraźliwym głosem Przebudza bóstwo dnia, i na to hasło Wszelki duch, czy to błądzący na ziemi, Czy w wodzie, w ogniu czy w powietrzu, śpiesznie Wraca, skąd wyszedł; a że to jest prawdą, Dowodem właśnie to, cośmy widzieli.…
Skrzydłami trzepocę jak ptak ten nocny, któremu okiem kazano skrwawionym patrzeć w blask słońca...
Zakończone igrzyska, rozchodzą się ludy, Po wieczerzy w spoczynku dzienne topiąc trudy. Sam Pelid w łzach ustawnych swe bole natęża, I sen, co wszystkie rzeczy żyjące zwycięża, Nie chwycił go: daremnie rzucił się na łoże... Ciągle myśli o druhu, obfite łzy toczy, Już bokiem, grzbietem pościel, już piersiami tłoczy, To nagle się porywa, błędnym chodzi krokiem Nad brzegiem, aż Jutrzenka pięknym spojrzy okiem.…
Kukułka przez sen kukała w głębinie leśnej. Jej piersiowe i parzyste okrzyki dolatywały z dala, od strony niewiadomej — i czasem tylko zdawały się pobrzmiewać tuż — w samej muszli zasłuchanego na chybił trafił ucha, napełniając je po brzegi śpiewnym i rachubie dostępnym zgiełkiem.…
…A w lesie roiło się od ptaków. Papugi pąsowe, zielone i białe napełniały powietrze krzykiem podobnym do szczekania. Jedna olbrzymia papuga pąsowa, zwana Arą pąsową, mówiła w języku papuzim do swojej zielonej sąsiadki: — Jak możesz ciągle chodzić w zielonej sukni! Ja bym za żadne skarby świata nie przywdziała nie tylko zielonej sukni, lecz nawet zielonego stanika. Nie znoszę koloru zielonego.…
Duchu, Światło Boże! Gołąbko Syjonu! Dziś chrześcijański świat, ziemne podnoże Twojego tronu, Widomą oświeć postacią I roztocz skrzydła nad syjońską bracią. Spod twych skrzydeł niech wystrzeli Słonecznymi promień blaski, I kto najświętszej godniejszy łaski, Temu niech złotym wieńcem skronie rozweseli
…Tam się na starym drzewie wichrzy szpaków stado, Zaleciały przelotem i do snu się kładą, Wiatr przez noc będzie liście zbijał — one prześnią Noc całą, drzew ginących kołysane pieśnią; Anioł przeczucia śpiącym wskaże lotu szlaki, A gdy się zbudzą, drzewo powie: «Lećcie, ptaki! Nie mam już dla was liści, jam się zestarzało Przez noc, kiedyście spały...» Cóż stąd za nauka?... Cha! cha!…
Tuż nad sadzawką, na tle zielonych klombów, spostrzegł popielaty płaszczyk panny Izabeli. Stała nad brzegiem w towarzystwie hrabiny i ojca i rzucała pierniki łabędziom, z których jeden nawet wyszedł z wody na swoich brzydkich łapach i umieścił się u stóp panny Izabeli.
Idź go pokrzepić; wielkie przyniósł wieści. Sługa wychodzi. Kruk nawet ochrypł, który pod me blanki Kracze fatalne przybycie Duncana.
Do kraju tego, gdzie winą jest dużą Popsować gniazdo na gruszy bocianie, Bo wszystkim służą, Tęskno mi, Panie.
I wszyscy przez chwilę milczeli. Czuć było, że w zaduchu tego pokoju wszystkim zrobiło się duszno. Pani domu coraz bezwładniej chyliła się na swym szezlongu; Kirło usłużnie posuwał ku niej wyszyte na kanwie poduszki; Korczyński długi wąs swój na gruby palec nawijał; binokle Różyca błyskały w cieniu ciekawie i jakoś drwiąco. W tej chwili kędyś z dołu słyszeć się dały pluski wody i przeciągłe, basowe wołania.…
Tam — u samego lasów brzegu, Gdzie kruk — jedyny pustki widz
…— Jakiż ogromny orzeł wzbił się nad miejscem, w którym ten człowiek zniknął! — Witam cię — witam. Leci ku mnie, cały czarny — świst jego skrzydeł jako świst tysiąca kul w boju. — Szablą ojców twoich bij się o ich cześć i potęgę. Roztoczył się nade mną — wzrokiem węża grzechotnika ssie mi źrzenice — ha! rozumiem ciebie. — Nie ustępuj, nie ustąp nigdy — a wrogi twe, podłe wrogi twe pójdą w pył.…
Przecknął się, siadł, przetarł oczy, patrzy, a to bociany lecą. Zza morza lecą — zza sinego. Skrzydła pokładły na zorzy i na powietrzu cichym, w białości brzasków srebrne, szerokim lotem szumiące, do gniazd dawnych lecą. „Dobrze mi się trafia! — pomyślał Podziomek. — Jużci i na takiej szkapie sporzej niźli pieszo". A kiedy tak myślał, nadleciały bociany prosto nad ową górkę, gdzie stał, zniżywszy bystrego lotu.…
Ile tam walk stoczono, ilu ludzi legło, nikt nie zliczył, nikt nie spamiętał. Orły, jastrzębie i kruki jedne wiedziały, a kto z daleka dosłyszał szum skrzydeł i krakanie, kto ujrzał wiry ptasie nad jednym kołujące miejscem, to wiedział, że tam trupy lub kości niepogrzebione leżą...
Wszystko, co miało tylko twarz człowieka, Zaczęło stronić ode mnie z daleka. Namiotu mego — córki go uprzędły — Płótna na rosie poczerniały, zwiędły I podarły się, i lekko napięte Były jak próchna z ludzkich trumien zdjęte.…
Ogród śnił się... Tu i ówdzie dąb prześniony zżółkł i powiądł. Każdy krzew sam w sobie miał zaświata wygląd. Sporo było w gałęziach — cisz zbłąkanych i sowiąt, Lecz nie było ani świerszczy, ani szczygląt.
Tam derkacz wrzasnął z łąki, szukać go daremnie, Bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie; Tam ozwał się nad głową ranny wiosny dzwonek, Również głęboko w niebie schowany skowronek; Ówdzie orzeł szerokim skrzydłem przez obszary Zaszumiał, strasząc wróble, jak kometa cary; Zaś jastrząb, pod jasnymi wiszący błękity, Trzepie skrzydłem jak motyl na szpilce przybity, Aż ujrzawszy wśród łąki ptaka lub zająca, Runie……
Już wiosna rozpętała wody z lodów; już poczęły wiać wiatry ciepłe, duże, pod których oddechem drzewa obsypują się pąkami, a łańcuchy jaskółek rozczepiają się, wedle wiary prostactwa, by lada chwila wychynąć z zimnej topieli na jasny świat słoneczny.
Patrząc na nich przez wierzch stajni, zdawało się, że krępy chłop i para kasztanków ze zwieszonymi łbami włóczą się po błękicie niebieskim, sto kroków tam i sto kroków na powrót. Ile razy dochodzili granicy zasianego pola, zrywało się przed nimi gniewnie świergocące stado wróbli i jak chmura leciało poza nich na kraniec przeciwny.…
Podskarbi był tegoż zdania. Pokazał, do jakiego stanu przez wydatki na utrzymanie ciebie przyszedł skarb cesarski, który się wkrótce do szczętu wyniszczy; dodał, że poddany przez sekretarza stanu sposób wyłupienia ci oczu nie tylko z tego złego nie uleczy, ale je jeszcze podług wszelkiego podobieństwa powiększy, jak się pokazuje z doświadczenia oślepionego ptactwa, które potem jeszcze więcej jada i prędzej się tuczy
…Na chwilę oddał się temu uczuciu. Skruszyła się odrętwiałość serca i oczy zaszły łzami ulgi. Z rozkoszą, jakiej zawsze doświadczał na widok nowych miejsc w kraju, z ową rozkoszą nienasyconą, zbliżającą się aż do granic bólu, wlepił oczy i przez łzy patrzał w owe zakręty rzeczne, w dzikie kępy olszowe. Wciągnął w piersi wilgotny zapach i nasłuchiwał pierwszy raz od tak dawna, jak z cicha jesienne liście szeleszczą.…
Tak klnąc i sierdząc się na pannę, a czasem na siebie samych warcząc, dojechali do lasu. Ledwie minęli pierwsze drzewa, ogromne stado wron zawichrzyło się nad ich głowami. Zend począł zaraz krakać przeraźliwie; tysiące głosów odpowiedziało mu z góry. Stado zniżyło się tak, że aż konie poczęły się lękać szumu skrzydeł. — Stul gębę! — krzyknął na Zenda Ranicki. — Jeszcze nieszczęście wykraczesz!…
Dziewczynko, która fruwasz, na ptaki rozmnożona. Biały pył? Jasny potok? Promień ścieżek jak złoto na skrzydłach? Na ramionach?
Nie wzruszą go mali złodzieje węglowi, wybiegający z zaułków, z zakamarków, z nor, ze szczelin — jak szczury. Gdy wielki wóz z węglem zajeżdża, aby zaopatrzyć pana w solidnie malowanej kamienicy w ciepło doskonałe na te dni srogiej zimy — gdy ogromni, czarni ludzie z czarnymi workami na głowach miotać poczną wielkie bryły w ohydne okno piwnicy — gdy konie dymią, ludzie stękają i klną, a mokry, czarny miał opada ku……
I czas jakiś jechali w milczeniu, wsłuchując się w huk pożogi i w szum skrzydeł ptasich. Gołębie, których mnóstwo gnieździło się przy willach i po miasteczkach Kampanii, a zarazem i wszelkiego rodzaju polne ptaki znad morza i z gór okolicznych, biorąc widocznie blask pożaru za światło słoneczne, leciały całymi stadami na oślep w ogień.
Na gałęzi, niespełna pięć metrów od nich, przysiadł drozd — niemal dokładnie na wysokości ich twarzy. Chyba ich nie zauważył. On był w słońcu, a oni w cieniu. Rozpostarł skrzydła, po czym złożył je uważnie, skłonił głowę — jakby w hołdzie słońcu — i popłynęły dźwięki pieśni, zaskakująco mocne w popołudniowej ciszy. Winston i Julia przytulili się, zafascynowani tym występem.…
Wkrótce Dnieć będzie: rada bym, żebyś już odszedł; Nie dalej jednak jak ów biedny ptaszek, Co go swawolna dziewka z rąk wypuszcza I wnet, zazdroszcząc mu krótkiej wolności, Jak niewolnika trzymanego w więzach Jedwabnym sznurkiem przyciąga na powrót. Chciałbym być biednym ptaszkiem w twoim ręku. O! Ja bym zbytkiem pieszczot cię zabiła. Dobranoc, luby! Jeszcze raz dobranoc!…
Dopiero nazajutrz rano pluchota bić przestała, choć wiatr wcale nie ucichł. Chmury leciały wysoko, poprzedzielane głębiami cieniów o kształtach dziwacznych. Pod wiatr i jakby na spotkanie obłoków ciągnęły już stadami, już pojedynczo kruki i wrony. Podmuchy wichrów odnosiły je i odpychały na powrót, nieraz zabawnie wyłamywały im skrzydła do góry albo kamieniem ciskały ku ziemi.…
„Koń głupi”. „Nie koń”. „Osieł”. „Nie osieł, mój bracie”. „Któreż więc zwierzę od nich głupsze jeszcze znacie?” „Człowiek”. „A, już to nadto!” „Nie nadto, lecz mało, Gdyby się razem głupstwo człowiecze zebrało, Poszedłby w rodzaj muszlów albo wśród ślimaki. Słuchaj tylko cierpliwie: Któryż zwierz jest taki, Iżby wiedząc, co czynić, nie czynił, co trzeba?…
Marcinek z najwyższą niecierpliwością czekał dnia oznaczonego, gdyż głuszce, według opowieści Nogi, miały to być ptaki ogromne, wielkości tuczonego indora i niesłychanie rzadkie w tamtejszych lasach. Nareszcie po długim oczekiwaniu zbliżył się termin wyprawy.…
Na razie rozmowa urwała się, albowiem uwagę Stasia zwróciły ptaki lecące od strony Echtum om Farag ku jezioru Menzaleh. Leciały one dość nisko i w przezroczystym powietrzu widać było wyraźnie kilka pelikanów z zagiętymi na grzbiety szyjami, poruszających z wolna ogromnymi skrzydłami. Staś począł zaraz naśladować ich lot, więc zadarł głowę i biegł przez kilkanaście kroków groblą, machając rozłożonymi rękoma.…
Pokazujemy 48 z 152 oznaczonych fragmentów. Pozostałe znajdziesz w czytniku — to kolorowe paski na marginesie tekstu.
Brak fragmentów z tej lektury na tej stronie.
Teksty lektur są w domenie publicznej. Wskazanie, który fragment ilustruje ten motyw, to praca redakcji WolneLektury.pl, udostępniona na Licencja Wolnej Sztuki 1.3. Zestawienie i skróty fragmentów pochodzą od nas.