motyw literacki
Lato
18fragmentów
13lektur
Gdzie ten motyw mieszka
Liczba oznaczonych fragmentów w każdej lekturze. Kliknij, żeby przejść do pierwszego z nich w tekście.
- Granica 3 fragmenty
- Baśnie 2 fragmenty
- Lalka 2 fragmenty
- Nad Niemnem 2 fragmenty
- Chłopi, Część czwarta - Lato 1 fragment
- Cierpienia młodego Wertera 1 fragment
- Hymny 1 fragment
- Kwiaty polskie 1 fragment
- Ludzie bezdomni 1 fragment
- Napój cienisty 1 fragment
- Potop 1 fragment
- Satyry 1 fragment
Występuje razem z
Motywy, które redakcja oznaczyła na tych samych fragmentach.
Fragmenty
Cytaty pokazujemy w skrócie — kliknij dowolny, żeby otworzyć go w książce i przeczytać w całości.
Prześlicznie było na wsi. Lato gorące, pogodne, żółte zboże na polach, owies jeszcze zielony, na łąkach wielkie stogi pachnącego siana, a bociany przechadzają się powoli, na wysokich, czerwonych nogach i klekoczą po egipsku, bo takim językiem nauczyły się mówić od matek. Dokoła wielkie lasy, cieniste, szumiące, a w nich głębokie i ciche jeziora. Prześlicznie i cudownie było na wsi.
Przypołudnie kipiało już takim warem, że oczy bolały od blasków i spieki; nawet cienie parzyły. Ostatnie kałuże wyschły, a do tego od zbóż prawie dojrzałych i ze spieczonych ugorów pociągało niekiedy jakby z wywartego pieca.…
Bądź zdrów! Lato tutaj przecudne, spinam się często na drzewa owocowe w sadzie Loty, ujmuję żerdkę i strącam gruszki z wierzchołka. Ona stoi pod drzewem i chwyta rzucone z góry owoce.
Następnego dnia naprawdę była pogoda. Rozpoczęły się upały sierpniowe. Rano, po otworzeniu okiennic, muchy chodziły po twarzy i rękach, było gorąco i duszno. Trzeba było walczyć z tymi muchami, komarami i pchłami — milszymi jednak niż pluskwy w hotelikach bulwaru Saint-Michel.…
…w dalekiej siadłem krainie, pod ścianą dojrzałych zbóż. Zacząłem kłosy rwać i łuszczyć ziarna pszeniczne i sycić głód. Cisza i spokój promienistymi oprzędzały siećmi rozległy, kłośny łan. Głębie powietrza falowały żarem, polnych koników ćwierkał rój, zdaleka płynął brzęk kosy lub tęskny śpiew przodownicy. I przyszła na mnie zaduma.…
W bukiecie wiejskim, jak wiadomo, Róże są skromne, bo po-domu; Nie tkwią w kryształach na wystawie Za lśniącą taflą szkła w Warszawie, Nie sterczą swą łodygą długą, Jakby połknęły jedna drugą; Bez aspiracji do salonu, Bez wywodzenia się z Saronu, Bez dąsów, pąsów i purpury, Nie zadzierają głów do góry; Jak porzucone narzeczone, Trzymają główki opuszczone, A oczy wznoszą — i tak trwają, I spoglądając — przepraszają.…
Istotnie, dzień był wyjątkowo gorący i jaskrawy: chodniki i kamienie ziały żarem, blaszanych szyldów ani latarniowych słupów nie można było dotknąć ręką, a z nadmiaru światła panu Ignacemu zachodziły łzami oczy i czarne płatki zasłaniały mu pole widzenia. „Gdybym był Panem Bogiem — myślał — połowę lipcowych upałów zachowałbym na grudzień...”
Tomasz Judym wracał przez Champs Elysees z Lasku Bulońskiego, dokąd jeździł ze swej dzielnicy koleją obwodową. Szedł wolno, noga za nogą, wyczuwając coraz większy wskutek upału ciężar własnej marynarki i kapelusza. Istny potop blasku słonecznego zalewał przestwór.…
Dzień był letni i świąteczny. Wszystko na świecie jaśniało, kwitło, pachniało, śpiewało. Ciepło i radość lały się z błękitnego nieba i złotego słońca; radość i upojenie tryskały znad pól porosłych zielonym zbożem; radość i złota swoboda śpiewały chórem ptaków i owadów nad równiną w gorącym powietrzu, nad niewielkimi wzgórzami, w okrywających je bukietach iglastych i liściastych drzew.
Kto na Święta Zielone, dal kusząc, rwie kwiaty — Mówią o nim: «Deszcz zrywa!» — że niby to właśnie W ślad za kwiatem — wszemrany w pijanych wód baśnie Deszcz nadbiegnie — wesoły, kropliście skrzydlaty! Miedzą w zieleń idziemy. Najskrytszem źdźbłem dłoni Wżywaj się w kwiat, oślepły od słońca i rosy! Deszcz zrywamy! Pod wierzbą przykucnął wiatr bosy! Ciszom, spadłym z zaświatów, do ucha świerszcz dzwoni!…
W chwilę po odejściu pani Skrzetuskiej pacholik przyniósł pod lipę gąsiorek i szklanicę. Pan Zagłoba nalał, następnie zamknął oczy i począł próbować pilnie. — Wiedział Pan Bóg, dlaczego pszczoły stworzył! — mruknął pod nosem. I jął popijać z wolna, oddychając przy tym głęboko i spoglądając na staw i za staw, hen, na czarne i sine bory ciągnące się, jak okiem dojrzeć, po drugim brzegu.…
„Lepiej teraz niż przedtem”. „Dlaczego?” „Bo lepiej. To dowód oczywisty. Świat się coraz krzepi. Nabrał z laty rozumu, a im bardziej stary, Tym dzielniej zeszły, co go szpeciły, przywary”. „Ale dlaczego lepiej?” „Dlatego że byli Lepsze syny od ojców, co nas poprawili”. „Więc zmyślał ów Horacy?” „Zmyślał”. „Toć i wierzę”. „Człowiek przedtem był prosty i dziki jak zwierzę, Dziś jest istność rozumna, ale jak rozumna!…
Wówczas cała gromada opuściła kancelarię. Smutek jeszcze większy ogarnął Marcina i jego matkę, gdy się znaleźli na ulicy. Niepokój oczekiwania nie ustał, a wzmogło się znużenie. Chłopiec od chwili przyjazdu do tego miasta był smutny.…
Lato. Szumią lasy, kołyszą się zboża, pachną łąki kwieciste. Len zakwitł. Całe pole błękitnieje. Na zielonych łodyżkach patrzą w niebo kwiatki, drobne, błękitne, lekkie, delikatniejsze od skrzydeł motyla. Słońce je pieści, grzeje swymi promieniami, a chmury poją deszczem. I dobrze, miło zielonej roślince, jak dziecku, gdy je matka umyje, nakarmi i pocałuje.
Było znowu lato — upalne, duszne, podesłane rozgrzanymi dachami i kamieniami miasta. Gdzieś daleko, po wielu tysiącach dziesięcin włości chązebiańskich, chodziły w skwarze słonecznym woły, konie, traktory i ludzie, mrowie czarnych, bosych pięt przemierzało we wszystkich kierunkach ich ścieżki, zagony i miedze.…
— No i wyobraź sobie — zawołał pan Łęcki — co za fatalizm!... Konsylium zabroniło mi jechać do Paryża i pod karą śmierci kazało wynosić się na wieś. Na honor, nie wiem nawet, gdzie uciec przed tymi upałami. Ale i na ciebie także działają, bo jesteś zmieniony... Prawda, jakie to gorące mieszkanie?...
Paru godzin do południa brakowało, gdy Justyna z olśniewającej ulewy słonecznego światła wchodziła do przyciemnionej nieco sieni korczyńskiego domu. W rękach, więcej niż kiedy ogorzałych, trzymała wielką więź polnych roślin, która w połączeniu z jasną barwą jej sukni i ognistymi rumieńcami policzków czyniła z niej upostaciowanie rozkwitłego lata.
Słońce piekło, daleki błękit robił się od skwaru zupełnie biały i całe to wczesne popołudnie, zawisłe nad odcinkiem toru kolejowego, było wprost niewiarogodnie obojętne, jak pusta bania.
Brak fragmentów z tej lektury na tej stronie.
Teksty lektur są w domenie publicznej. Wskazanie, który fragment ilustruje ten motyw, to praca redakcji WolneLektury.pl, udostępniona na Licencja Wolnej Sztuki 1.3. Zestawienie i skróty fragmentów pochodzą od nas.