motyw literacki
Jesień
38fragmentów
19lektur
Gdzie ten motyw mieszka
Liczba oznaczonych fragmentów w każdej lekturze. Kliknij, żeby przejść do pierwszego z nich w tekście.
- Chłopi, Część pierwsza - Jesień 6 fragmentów
- Kwiaty polskie 5 fragmentów
- Ludzie bezdomni 3 fragmenty
- Popioły 3 fragmenty
- Cierpienia młodego Wertera 2 fragmenty
- Granica 2 fragmenty
- Napój cienisty 2 fragmenty
- Noc listopadowa 2 fragmenty
- O krasnoludkach i sierotce Marysi 2 fragmenty
- Pan Wołodyjowski 2 fragmenty
- Bajki i przypowieści 1 fragment
- Baśnie 1 fragment
Występuje razem z
Motywy, które redakcja oznaczyła na tych samych fragmentach.
Fragmenty
Cytaty pokazujemy w skrócie — kliknij dowolny, żeby otworzyć go w książce i przeczytać w całości.
Gospodarz, o ozdobie myśląc i wygodzie, Zbyt obcinał gałęzie drzew w swoim ogrodzie. Przyszła jesień; daremnie na wiosnę pracował — I szpaleru nie zrobił, i drzewa popsował.
Tymczasem nastąpiła jesień. Liście na drzewach pożółkły, ściemniały i zaczęły opadać; wiatr kręcił je w powietrzu i niósł gdzieś daleko, aby porzucić znowu. Powietrze stawało się chłodne, wilgotne, ciężkie chmury przesuwały się nisko po niebie, niosąc deszcze i śniegi, zasłaniając słońce. Wrony krakały z zimna. Dreszcz przebiega na samą myśl o takim czasie.
Cicho było, ciepło i nieco sennie. Słońce, chociaż to był już koniec września, przygrzewało jeszcze niezgorzej — wisiało w połowie drogi między południem a zachodem, nad lasami, że już krze i kamionki, i grusze po polach, a nawet zeschłe twarde skiby kładły za się cienie mocne i chłodne.…
— jeszcze czasami prószył śnieg nikły, płowy — jesienny śnieg... — jeszcze przychodziły dnie osłupiałe, chorością sine, ckne, stękliwe, oropiałe i zgoła lamentem przejęte, a lodowym światłem mżące — dnie trupie, że ptactwo z krzykiem uciekało do borów, trwożniej bełkotały wody i toczyły się leniwo, jakby strachem stężałe, ziemia dygotała, a wszelaki stwór podnosił czujące, lękliwe oczy na północ — w niezgłębioną……
Tak jest zaiste. Przyrodę ogarnia jesień i jesiennie robi się we mnie i wokół mnie. Liście moje żółknieją, a liście drzew zaczynają opadać.
Było wczesne popołudnie, cicha godzina pory obiadowej, gdy pustoszeją ulice. Zalany słońcem, straszliwie nieruchomy dzień jesienny był jaskrawy od przeźroczystości powietrza i nieba. Zieleń liści na małych, okrągłych akacjach ulicy Emerytalnej miała kolor grynszpanu.
Zabił się — młody... Zrazu jakaś trwoga Kładła mi w usta potępienie czynu, Była to dla mnie posępna przestroga, Abym wnet gasił myśli zapalone; Dziś gardzę głupią ostrożnością gminu, Gardzę przestrogą, zapalam się, płonę, Jak kwiat liściami w niebo otwartemi Chwytam powietrze, pożeram wrażenia. Myśl Boga z tworów wyczytuję ziemi I głazy pytam o iskrę płomienia.…
i pan, w domu którego zamieszkaliśmy, obiecał nam strych i piwnicę, jak było zapisane w umowie. lecz nie dotrzymał pan słowa, albowiem w piątek zajęty był innymi słowami. i nie mamy nieba, ani nawet piekła, ani innych temperatur, które pańskie by były. mamy morze kartonów z książkami i błękitny materac, na którym pływamy od snu do snu. mamy bałagan w pokojach, od góry do dołu.…
Dwanaście dni, dwanaście nocy Artyleryjski ogień walił, Rzucając miastem z rąk do rąk; To mieli Niemców, to Moskali, Kryli się w lesie, w kartoflisku, Na pamięć znali jęk pocisków Przelatujących nad głowami, Padali plackiem i modlitwę W gwiżdżące niebo wszeptywali, Aż trzynastego dnia nad ranem Głuchy zza rzeki łoskot zamilkł I rozwłóczone nad zgliszczami Dymy kurzyły się rumiane, W których to trzaśnie, to……
Przyglądał się jesiennemu słońcu, szarym ścierniskom i pługom z wolna orzącym ugory i pełen głębokiego smutku w duszy, wyobrażał sobie chwilę, w której już zupełnie straci nadzieję i ustąpi miejsca przy pannie Izabeli Ochockiemu.
Piątego października doktor Judym wyszedł na spacer w Aleje Ujazdowskie. Był to dzień piękny. Słońce rozlewało ciepło łagodne i blask jeszcze jasny, ale już odchodzący za dziewiątą górę, za dziesiątą rzekę. Szereg drzew w Alei, których widok tak dużo wspomnień nasuwał, okrył się już rdzą czerniejącą. W dali, spomiędzy koron kulistych jeszcze, wysuwały się gałęzie bez liści jak smutny jakiś drogowskaz.…
Uwiędły sad Przeżegnał się szkarłatem. Liść drgnął i spadł. Módl się do tęcz za światem! Pożółkły klon Mży w stawie miedzią złudną. We własny zgon Uwierzyć mu tak trudno!
Chcę wawrzynu wieńców i dębu. Jakoż zwycięstwo się ziści — ? Dęby odarte z liści. Wichr przegnał zimną zawieruchę nad ogrodem; — i liście opadły; ogrody puste i głuche a gałązki zmartwiałe i kruche; ni ptaków świergoty letnie, ni Marsjasowe fletnie; zbłąkane dzieci Eola dmą mierzwę przegniłą z pola, słomę dziergają na drzewa, że drzewo, jak arfa śpiewa we wichrze miotem gałęzi; a krzewy, co najdroższe, w zimowej……
Smutna i ciężka była droga biednego kronikarza. Już wiatr jesienny nad borem latał, liście z drzew rwał, z szumem je niósł i o ziemię ciskał. Pola pożółkły, poczerniały łąki, ostatni skowronek dawno już śpiewać przestał. Blade, jakby przygaszone słońce przeglądało przez chmury, wiatrem północnym pędzone! Żurawie z krzykiem porywały się we mgłach, lecąc daleko za morze.
Pewnego pięknego dnia jesienią siedział sobie pod cienistym dachem letnika pan Andrzej Kmicic i popijając miód poobiedni, spoglądał przez obrosłe dzikim chmielem kraty na żonę, która przechadzała się pięknie ugniecioną ulicą przed letnikiem. Niewiasta była urodziwa nad miarę, jasnowłosa, o pogodnej, nieledwie anielskiej twarzy. Chodziła z wolna i ostrożnie, bo było w niej pełno powagi i błogosławieństwa.…
Cudna była jesień. Codziennie, gdy otwarto okiennice, wlewało się do bielonych izb roztopione w złocie, chłodne powietrze. Gałęzie sosen zaglądały do okna, kiwając się sennie i szumiąc w ów głos rozkoszny, który zagłusza myśl i nakazuje poddanie się prześlicznej woli swojej. Ze wschodniej strony pnie sosen obite były jakoby złotolitymi blachami.…
Wychodzisz na świat, Janie. Przy zaczęciu drogi Żądasz zdania mojego i wiernej przestrogi; Dam, na jaką się może zdobyć moja możność, W krótkich ją słowach zamknę: miej, Janie ostrożność! Wchodzisz na świat. Krok pierwszy stawić nie jest snadno, Zewsząd cię zbójcy, zdrajcy, filuty opadną; Zewsząd łowcy przebiegli, kształtną biorąc postać, Będą czuwać, jak by cię w sidła swoje dostać; Wpadniesz, jeśli się pierwej……
Doktor Paweł, w epoce jego życia, o której mówię, zjedzony był już przez Obrzydłówek wraz z mózgiem, sercem i energią — zarówno potencjonalną, jak i kinetyczną. Doświadczał nieprzezwyciężonego wstrętu do czytania, pisania oraz rachowania, mógł całymi godzinami spacerować po gabinecie lub leżeć na szezlongu choćby z niezapalonym papierosem w zębach, w tęsknym, dokuczliwym i bolesnym niemal oczekiwaniu na coś, co się……
…patrz pani, czego nie dostrzegam w ogrodzie... Tak bardzo ciemno... Ktoś wyrwał krzew różany. Czy ten, co był w słomę odziany? No ten chochoł.
Jasny, ogromny księżyc płynął w przestrzeniach ciemnych, a gdzieniegdzie, z rzadka kieby srebrne gwoździe, gwiazdy błyskały; mgły szarą, nikłą przędzą motały się nad wsią i przesłoną powlekały nad wodami. Niezgłębiona cichość nocy jesiennej przejmowała świat, tylko gdzieniegdzie wyrywały się śpiewy wracających z karczmy albo ujadania psów.
Bóg świadkiem, że kładę się często z pragnieniem, a nawet czasem z nadzieją niezbudzenia się wcale. A rano otwieram oczy, spostrzegam słońce i czuję się nieszczęśliwym. Szkoda, że nie jestem kapryśnym, że nie mogę złożyć winy na pogodę, na kogoś innego, czy na nieudałe przedsięwzięcie. Wówczas owo straszne brzemię zniechęcenia gniotłoby mnie jeno przez połowę. Tymczasem...…
Jednego rana, gdy niebo było ciemne, światło do okien ludzkich weszło od dołu. Znaczyło to, że spadł śnieg — wczesny tej jesieni. Pod jego ciężarem zlatywały jeszcze z drzew ostatnie zapóźnione liście.
Rano odwiedził dwie mogiły: Córki i kwiatów. Córkę kryły Pożółkłe, zmokłe liście klonu: Świeży się zapach z nich ulatniał, Jesiennie rześki, choć przegniły.
Promienie słoneczne gasły na wodzie i zamierały w głębinie liści, jakby ustępując przed ostrym chłodem, który się z wody i z ziemi dźwigał. Sennie i z posłuszeństwem, niby na rozkaz tych martwych fal niewidocznych, płynęły żółte liście i kołysały się na powietrzu. Zdawało się, że wybierają dla siebie mogiły zstępując z ciemnych schodów.
Kiedy las od ukąszeń zmór drzewnych pożółciał,
Listopad to dla Polski niebezpieczna pora — ?
A wtem słońce stoczyło się wielką kulą aż na krawędź świata. — Piękny zachód! — rzekł król. — Piękny... piękny zachód! — zawołały wierne Krasnoludki. Naraz zaczęły dzwony bić... Daleko gdzieś, daleko, wysoko gdzieś, wysoko, nad borem, nad lasem, głos dzwonu płynął i obejmował pola i łąki, i drżały pod nim trawy zroszone, i zioła, a od nieba do ziemi, w wielkiej wieczornej ciszy rozbrzmiewał szeroko głos dzwonu...…
Nikt jednak i w polskim wojsku, i w tureckim nie wiedział i nie przypuszczał, że hetman ogólny atak wszystkich sił zamierza do następnego rana odłożyć. Owszem, oficerowie ordynansowi skoczyli do rotmistrzów z poleceniem, by każdej chwili byli gotowi. Piechota stała w zwartych szeregach, jeździe paliły się ręce, szable i kopie. Wszyscy oczekiwali rozkazu z niecierpliwością, bo ludzie byli wygłodniali i zziębnięci.…
…Na chwilę oddał się temu uczuciu. Skruszyła się odrętwiałość serca i oczy zaszły łzami ulgi. Z rozkoszą, jakiej zawsze doświadczał na widok nowych miejsc w kraju, z ową rozkoszą nienasyconą, zbliżającą się aż do granic bólu, wlepił oczy i przez łzy patrzał w owe zakręty rzeczne, w dzikie kępy olszowe. Wciągnął w piersi wilgotny zapach i nasłuchiwał pierwszy raz od tak dawna, jak z cicha jesienne liście szeleszczą.…
Jesień szła coraz głębsza. Blade dnie wlekły się przez puste, ogłuchłe pola i przymierały w lasach coraz cichsze, coraz bladsze — niby te święte Hostie w dogasających brzaskach gromnic. A co świtanie — dzień wstawał leniwiej, stężały od chłodu i cały w szronach, i w bolesnej cichości ziemi zamierającej; słońce blade i ciężkie wykwitało z głębin w wieńcach wron i kawek, co się zrywały gdzieś znad zórz, leciały nisko……
Na niebie jesień wstrząsająca, Obłoczne bory we krwi słońca.
W ostatnich dniach tego miesiąca liczba gości zaczęła się zmniejszać. Bryki, powozy i omnibusy zakładowe wywoziły codziennie jakieś towarzystwo, a przynajmniej jakąś rodzinę. Doktor Judym rujnował się na bukiety pożegnalne, w których nad innym kwieciem przeważały niezapominajki.…
Dzień dogasał nad spłowiałymi rolami. Tu i ówdzie płonęła już ozimina, ale na ogół ziewało w polach pustkowie odłogów jesiennych. Na pastwiskach, po nadrzeczu lśniła się jeszcze jaskrawa zieloność trawników, a na równych łąkach jednostajnie połyskiwał ostatni, szorstki pokos otawy. Wśród drzew otaczających stary dom w Stokłosach rozpostarła się przejrzysta, śniada mgiełka.…
Deszcze się rozpadały na dobre. Już od samego jarmarku świat z wolna zatapiał się w szarych, mętnych szkliwach deszczów, że tylko obrysy borów i wsi majaczyły blade, niby z przemiękłej przędzy utkane. Szły nieskończone, zimne, przenikające szarugi jesienne. Siwe, lodowate bicze deszczów siekły bezustannie ziemię i przemiękały do głębi, aż drzewo każde, źdźbło każde dygotało w bezmiernym bólu.…
Wył wicher, wył, aż dnia się dowył... Na ziemi, wymiecionej skrzętnie, Był suchy ziąb listopadowy, Cichutko było i odświętnie. Dął wicher, dął, aż płuca wydął I dzień sprowadził jasnooki, Oszklone słońce zimną dzidą Mierzyło w ziemię przez obłoki.…
Ludzie się kwasili po chałupach; jaki taki lazł po tym błocie i deszczu do sąsiadów na wyrzekanie, że to czas taki, co i psa na dwór wygonić trudno, a tu niejeden ściółkę miał jeszcze w lesie, kto znów drew nie zwiózł, a insze, bez mała wszystkie prawie, nie docięli w polu kapusty, po którą i nie wyjechać dzisiaj, bo ano staw tak przybrał w nocy, że musieli do dnia wywrzeć stawidła i puścić wodę do rzeki, która i……
Gdy się to dzieje, deszcz zacina Szyby plebanii nad Pilicą. Rozklekotała się mieścina, Rozchlupotała się mieścina, Rozsepleniła się mieścina Listopadową chlustawicą. I znany, smutny rozszept ciszy Pluskowi deszczu towarzyszy: Szemrzące sączy się milczenie, Czas ciurkiem monotonnie ciecze I świerszcz nakręca niestrudzenie Mikroskopijny zegareczek.
Smutek przejmujący padł na wszystkie dusze; jakaś dziwnie bolesna cichość omotała serca — cichość rozpamiętywań żałośliwych i wspominek o tych, co już byli odeszli tam, pod te brzozy zwieszone, pod te czarne, pochylone krzyże... — Mój ty Jezu kochany! Mój Jezu! — wzdychali i podnosili szare, jak ta ziemia, twarze i topili oczy beztrwożne w tajemnicy, i szli spokojnie składać ofiary i pacierze za zmarłych.…
Brak fragmentów z tej lektury na tej stronie.
Teksty lektur są w domenie publicznej. Wskazanie, który fragment ilustruje ten motyw, to praca redakcji WolneLektury.pl, udostępniona na Licencja Wolnej Sztuki 1.3. Zestawienie i skróty fragmentów pochodzą od nas.